Poniższy wpis de facto stanowi kontynuację, a zarazem rozszerzenie poprzedniego 🙂 Odkąd Kraków zasypało, to mój umysł, niczym małe kółeczka mojego wózka, jest oklejony tym białym czymś i częściej buksuje 🙁 Żeby o tym białym nie mówić tylko w czarnych barwach, to mam na przykład dowód na to, że yeti istnieje:

Pewnie to nie jest wyjątek potwierdzający regułę, ale jednak dowód, że zima może ma sens? Skoro mowa o tych, którym zima nie straszna, to 08 stycznia z MŻ byliśmy na kameralnym, nastrojowym i przenoszącym w czasie koncercie Wilków.
Zanim jednak było nam dane nacieszyć uszy, to ogrom wymyślanych na godzinę (choć pod nosem) epitetów, był wprost proporcjonalny do tempa mojego wózka elektrycznego, brnącego przez epokę lodowcową. W tym czasie jeszcze jeździłem na rehabilitację i w tym to białe też nie pomagało. Pod koniec stycznia, kiedy świat z wolna zaczął przypominać ten mi znajomy, byliśmy na kolejnym styczniowym koncercie, w Tauron Arenie, o jakże koncyliacyjnym tytule: „Zadzwońcie po milicję”.
Wiele znanych zespołów, a te mi najbliższe muzycznie i wokalnie, były jak wino: im starsze tym lepsze. Żebym nie wyszedł na malkontenta, którym się nie czuję, na koniec wpisu pochwalę się: tomik numer XIV został oddany do druku i powiedzieć, że się cieszę, to jakby nic nie powiedzieć 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂
Połknięte lektury: Bartosz Szczygielski „Nie chcesz wiedzieć”, Stephen King „Historia Lisey”, Robert Małecki „Koszmary zasną ostatnie”.